Red Bull stracił skrzydła?

W 2013 roku producent Red Bulla został pozwany w USA o to, że wbrew przekazom reklamowym wcale nie „dodaje skrzydeł”. Kilka dni temu świat obiegła wiadomość, że Red Bull zgodził się pójść na ugodę w tej sprawie i wypłacić poszkodowanym łącznie do 13 milionów dolarów. Ta sprawa elektryzuje i każe zadać jedno bardzo ważne pytanie: gdzie jest granica, po której przekroczeniu można powiedzieć, że komunikat reklamowy wprowadza w błąd i tym samym stanowi naruszenie przepisów prawa (w przypadku prawa polskiego m.in. ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym).

Dla tych, którzy nie znają tematu: w powołanej sprawie producent Red Bulla wcale nie został pozwany przez grupę ludzi zawiedzionych, że po wypiciu napoju na plecach nie wyrosły im skrzydła. Stany Zjednoczone w ujęciu prawnym są dziwne, ale chyba nie aż tak. Omawiana sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Pozew w istocie opierał się na solidnych danych dotyczących małej zawartości kofeiny w napoju (głównego środka stymulującego w napojach energetycznych). Jedna puszka Red Bulla zawiera bowiem ok. 84 miligramy kofeiny, podczas gdy jedna filiżanka kawy od 115 do 175 miligramów kofeiny. Idea pozwu opierała się więc na założeniu, że producent Red Bulla reklamując swój napój jako wyjątkowo korzystnie wpływający na zwiększenie wydajności, koncentrację oraz czas reakcji („dodający skrzydeł”), wprowadzał konsumentów w błąd.

Zgodnie ze znaną treścią ugody (która wymaga jeszcze przybicia sądu) każdy konsument, który kupił co najmniej jednego Red Bulla w USA po 1 stycznia 2002 roku i wystąpił z właściwym roszczeniem może dostać albo 10  dolarów odszkodowania albo darmowe produkty Red Bulla o wartości do 15 USD. Co ciekawe, w ramach ugody, Red Bull zobowiązał się zmienić swoją kampanię reklamową (przynajmniej na terenie USA), jednocześnie zachowując prawo do publicznego komunikowania, że jego dotychczasowa kampania reklamowa wcale nie wprowadzała konsumentów w błąd i nie było w niej nic niewłaściwego (takie orzeczenia możliwe są tylko w Stanach).

Na gruncie prawa europejskiego i bardziej lokalnie, prawa polskiego, przedmiotowa sprawa rodzi pytanie o granice komunikatów reklamowych. Gdzie jest ta linia, za którą konsument może już czuć się oszukany, wprowadzony w błąd? Z drugiej strony: kiedy pewna przesada w komunikacie reklamowym może być uznana za naturalny element konwencji reklamy? Czy reklama płynu do płukania, która mówi o spraniu wszystkich możliwych plam będzie fałszywa, jeżeli znajdziemy plamę, z którą ten płyn sobie nie poradzi? Co jeżeli po wypiciu Coca-Coli wcale nie będziemy bardziej uśmiechnięci lub radośni? Jeżeli rodzinie wcale nie będzie smakował kurczak Winiary, lub inne gotowe danie? Ajeżeli udowodnimy, że w jogurcie jest cukier, więc może wcale nie jest tak dobry dla dzieci, dla sportowców? Są to wszystko elementy, które wymagają bardzo uważnej i ostrożnej analizy. Wydaje się, że aktualnie w Polsce jest dość duża swoboda w tworzeniu reklamy, która raczej nie ulegnie szybkiej zmianie. Sprawa Red Bulla wydaje się jednak pokazywać nam, że świat się zmienia. Zmieniają się sami konsumenci oraz ich postrzeganie rynku. Nie można wykluczyć, że tego typu spraw z czasem może być coraz więcej i to nie tylko w USA.